Ostatnie miesiące nie były najlepsze , najpierw wydarzenie , które kompletnie zmienia moje życie , niestety nie na lepsze , potem Bunia . Na początku było ciężko , ale miałam moją iskierkę , dla niej wstawałam z łóżka , dla niej próbowałam wziąć się w garść i od nowa zaplanować swoje / nasze życie. Kiedy odeszła zawalił mi się cały świat , wszystko mi zobojętniało , nic mnie nie cieszyło, nie czułam nic prócz ogromnej pustki , żalu i tęsknoty . Dalej tak jest ale muszę postarać się pozbierać , po prostu muszę . Jedynym światełkiem w tunelu była myśl o innym ogonku . Nikt nie zastąpi Buni,
nie wypełni pustki jaką czuję po jej stracie , ale żeby sie podnieść potrzebuję odrobiny radości i miłości , Bunia pokazała mi ile szczęścia może dać ogonek , nie umiem już bez tego żyć.
Przedwczoraj zawitała do mnie mała panna .Roczna fretka , dla której właścicielka szukała nowego domu. Nadałam jej imiona , które maja ją chronić i sprawić , że jej życie będzie udane , Nadża co znaczy sukces i Salima - bezpieczna , zdrowa .
Przedstawiam Wam Nadżę Salimę :)

Nadża jest zupełnie inna niż Sisi vel Bunia , zarówno pod względem wyglądu jak i charakteru.
Sisi była typowym tchórzykiem , natomiast Nadża niby tchórz ale ma bardzo jasne futerko i białą prawie całą główkę .
Zdjęcia zamazane , ale wierzcie mi , nie jest łatwo sfocić tak ruchliwą istotkę :)

Nadża jest fretka , której nie można nie pokochać . Zaakceptowała mnie od pierwszej chwili , bez uciekania czy gryzienia. Podczas podróży z Wrocławia była niesamowicie grzeczna , oczywiście próbowała zwiedzać pociąg , ale gdy poczuła , że jestem tak samo uparta jak ona , dała za wygraną . Wtuliła sie we mnie i przespała większość drogi .Juz w pociągu dostałam pierwszego buziaka :)
Bunia też doskonale znosiła podróże , ale taka akcja nigdy by nie przeszła , każdy obcy byłby od razu pogryziony do krwi . Dla mnie była przekochana ,traktowała mnie jak mamę, ale nie znosiła innych ludzi ani fretek , w dodatku była strasznie o mnie zazdrosna. Może , między innymi , dlatego byłyśmy aż tak zżyte , ona była całym moim światem a ja jej .
Nadża jest dość kontaktowa i jak na fretkę mało gryząca. Pierwszej nocy położyła się do koszyczka , rano rozglądam się po sypialni , nigdzie jej nie widać ...nagle jest , spod kołdry koło mojej nogi wystaje czarny ogonek :)

Prawdę mówiąc myślałam , że dzień gdy Nadża zawita w moje progi będzie szczęśliwszy , był oczywiście , bardzo się nią cieszyłam , ale było to szczęście pomieszane z bólem i wyrzutami sumienia :"jak tak szybko mogłam wziąć drugą fretke ?" .
Niesamowite jaki węch maja zwierzęta , od odejścia Buni minęło już sporo czasu , myłam podłogi , czyściłam każdy kąt. Nadża zaczęła robić obchód nowego domu.Pobeczałam się . Mała od razu poczuła inna fretkę , chodziła w skupieniu zaglądając za każdy mebel , spodziewając się , że zaraz z jakiegoś zakamarka wyjdzie Bunia , potem zdezorientowana zerkała na mnie. Co mogłam jej powiedzieć ? "Buni już nie ma" :(
Mogę mieć tylko nadzieję , że moja mała córeczka, nie mam mi za złe , że jej miejsce zajęła inna fretka, miejsce w domu , bo w mojej pamięci i sercu będzie na zawsze .

Dzięki Nadży w końcu wzięłam aparat i zrobiłam kilka fotek.
Na dworze coraz ładniej , ogród pokrywa się gęstwiną zieleni : paprocie sięgają mi już do pasa , niedługo zakwitną piwonie i irysy. Na porzeczce i agreście pojawiły się malutkie owoce.
Zakwitł pierwszy krzew lawendy.
Także ogródek ziołowy idzie do przodu , szczególnie zioła wieloletnie : szałwia ma już pąki kwiatowe , tymianki dzielnie wypuszczają nowe listki , lubczyk oszalał , wyrósł na wysokość 1 m, hyzop rozpycha się na sąsiadów . Cztery rodzaje mięty niedługo będą gotowe do pierwszych zbiorów , w tym moja ulubiona mięta egipska.

Największą niespodziankę sprawił mi rozmaryn.
Dwa lata temu kupiłam pierwszy krzew. Rozmaryn - roślina śródziemnomorska , pomyślałam więc , że najlepiej będzie schować go na zimę do umiarkowanie ciepłego ( ok 16-18 st) , jasnego pomieszczenia. Całą zimę pięknie wyglądał , niestety wczesną wiosną po prostu usechł .
Rok temu kupiłam 2 krzewy , jesienią zaczęłam się zastanawiać co z nimi począć. Z pomocą przyszła mi Ela , doradzając zostawienie krzewów na dworze. Przyznam , że byłam troszkę sceptyczna i bałam się je tak po prostu zostawić . Zrobiłam więc eksperyment.

Jedną donicę z rozmarynem wstawiłam do dużego , wyłożonego styropianem pudła . Wiadomo , że mróz jest najmocniejszy przy ziemi , dlatego obie donice postawiłam na stole znajdującym się pod daszkiem. W trakcie zimy podałam je może z 5-6 razy , oczywiście nie gdy na dworze był mocny mróz.
Oba krzewy przetrwały , choć ku mojemu zdziwieniu niezabezpieczony rozmaryn ( krzew w terakotowej donicy ) wyglądał dużo lepiej . Ostatnio zauważyłam na jego gałązkach pączki , nie wierzyłam własnym oczom. Kilka dni temu pąki rozwinęły się i krzew pokrył się blado fioletowymi kwiatuszkami !
Natomiast krzew przechowany w pudle ze styropianem nie ma ani jednego kwiatka .
Elu dziękuję ! Dzięki Tobie pierwszy raz mam kwitnący rozmaryn :)